Altówka sposobem na opowiadanie o świecie. Krzysztof Komendarek-Tymendorf

Wywiad przeprowadził : Serhiy Savchenko — artist, artistic director of Savchenko Gallery.
We live in a difficult and dramatic time — the world is experiencing successive wars and conflicts, filled with tension and suffering. How do you see the role of music today, especially chamber music?
Żyjemy w trudnym i dramatycznym czasie – świat doświadcza kolejnych wojen i konfliktów, pełen jest napięć i cierpienia. Jak widzisz dziś rolę muzyki, szczególnie kameralnej?
W dzisiejszym, pełnym napięć i konfliktów świecie, rola muzyki staje się formą etycznej „kotwicy” oraz manifestacją wspólnoty w obliczu cierpienia. Sztuka muzyczna, będąca w swej istocie dialogiem opartym na wzajemnym szacunku i uważności, stanowi potężną metaforę pokojowego współistnienia. Postrzegam ją jako swoisty „soft power” – subtelną, lecz niezwykle skuteczną siłę kultury, która potrafi budować porozumienie tam, gdzie inne środki zawodzą. To przestrzeń, w której możemy choć na chwilę odzyskać poczucie humanizmu i przypomnieć sobie o trwałości wartości jednoczących ludzi ponad podziałami. Muzyka ta nie oferuje prostych odpowiedzi, ale daje schronienie i siłę do zachowania wewnętrznej godności w dramatycznych okolicznościach. Jest to cichy, lecz stanowczy głos protestu przeciwko destrukcji, promujący budowanie zamiast burzenia.
Czy historia pokazuje, że w momentach kryzysu sztuka zyskuje szczególny wymiar? Jak Twoim zdaniem muzyka żyje i działa w takich czasach?
Historia wielokrotnie dowiodła, że w chwilach największych dziejowych kryzysów sztuka nabiera szczególnego, wręcz egzystencjalnego wymiaru, stając się duchowym „pokarmem” dla potrzebujących ukojenia. Muzyka w takich czasach przestaje być dekoracją, a staje się koniecznością – strefą wręcz sacrum, w której ludzka godność i nadzieja mogą przetrwać mimo zewnętrznego mroku. Działa ona niczym żywa tkanka, która łączy nas z tym, co w nas najszlachetniejsze, oferując katharsis i poczucie sensu tam, gdzie słowa zawodzą. Wierzę, że współcześnie nasza twórczość pełni podobną funkcję, będąc dowodem na to, że piękno i twórcza wola człowieka są w stanie przetrwać nawet najbardziej niszczycielskie konflikty. W myśl sentencji Inter arma non silent Musae – pośród oręża muzy nie milkną – sztuka pozostaje naszym najtrwalszym bastionem humanizmu.
Kiedy tworzysz program koncertu, co jest dla Ciebie najważniejsze – dramaturgia, dialog epok, intuicja? Czy zdarza się, że to utwór „przychodzi” do Ciebie w określonym momencie życia?
Tworząc program koncertu, zawsze kieruję się dbałością o spójną dramaturgię, która prowadzi słuchacza przez przemyślaną narrację, często opartą na dialogu odległych od siebie epok. Intuicja gra tu rolę kluczową, gdyż to ona podpowiada mi zestawienia utworów, które – choć stylistycznie różne – współbrzmią ze sobą na poziomie głębszych idei. Bywa, że to konkretne dzieło „przychodzi” do mnie w określonym momencie życia, rezonując z moim aktualnym stanem ducha i domagając się interpretacji. Staram się, aby każdy mój występ był rodzajem opowieści, w której historia spotyka się z teraźniejszością, tworząc nową, fascynującą całość. Ostateczny kształt playlisty jest więc kompromisem między chłodną analizą teoretyczną a czystym impulsem serca.
A czy tworzysz także własną muzykę jako kompozytor? Jeśli tak – czym różni się wykonywanie własnego utworu od interpretowania dzieła już napisanego przez kogoś innego?
Po godzinach spędzonych na zgłębianiu skomplikowanych struktur utworów I. Xenakisa, L. Berio, G. Ligetiego czy G. Kurtága, własna twórczość staje się dla mnie naturalnym i niezwykle potrzebnym oddechem i balansem. W tych autorskich poszukiwaniach często odkrywam, że dźwięk altówki może – i powinien – brzmieć niczym gęsty, sugestywny soundtrack filmowy, budujący całe światy w wyobraźni słuchacza.
Choć moją główną domeną pozostaje interpretacja, okazjonalnie sięgam po „pióro” kompozytorskie i improwizację, co pozwala mi na eksplorację zupełnie innej sfery wolności artystycznej. Wykonywanie własnej muzyki, szczególnie tej na krawędzi klasyki i eksperymentalnej elektroniki – jak w moich projektach z wujem Władysławem Gudonis Komendarkiem czy MonoTony Ænsemble z Zuzanną Ossowską OS.SO – jest aktem głęboko osobistym, w którym granica między twórcą a instrumentem niemal całkowicie znika. Różni się to znacząco od interpretowania dzieł innych mistrzów, gdzie z pokorą staram się odczytać intencję autora, będąc jedynie powiernikiem jego myśli. Własna twórczość jest dla mnie bezpośrednią transmisją aktualnych przeżyć – to moje swoiste artystyczne carpe diem, dające mi poczucie totalnej fascynacji procesem kreacji „tu i teraz”.
Z czego w ostatnim czasie jesteś najbardziej dumny? Nad czym teraz pracujesz – czy możesz uchylić rąbka swoich planów?
W ostatnim czasie największą dumę sprawia mi sukces albumu Violand (Agencja Muzyczna Polskiego Radia), który stanowi holistyczne spektrum polskiej literatury altówkowej i jest moim hołdem dla ojczystej kultury. Z ogromną radością wyczekuję również 17 kwietnia br., kiedy to odbędzie się premiera debiutanckiego albumu LANDING PLACE mojego zespołu MonoTony Ænsemble. Album ukaże się w legendarnej węgierskiej oficynie fonograficznej Hungaraton Records i będzie dostępny w pełnym wachlarzu wydań: na płycie CD, kolekcjonerskim winylu oraz we wszystkich serwisach streamingowych. Postrzegam to jako kolejny, niezwykle istotny krok w mojej międzynarodowej drodze artystycznej.
Obecnie moje wysiłki koncentrują się także na dalszym rozwoju kampanii społecznej ReVIOLAtion, której celem jest wprowadzenie altówki do szerokiego nurtu mainstreamu oraz wywalczenie dla niej pełnej autonomii jako instrumentu przyszłości. Równolegle, z niesłabnącym entuzjazmem, podejmuję nowe wyzwania akademickie na uczelniach w Gdańsku i Bydgoszczy oraz pedagogiczne w Szkole Muzycznej w Gdyni. Moje plany obejmują kolejne projekty nagraniowe, trasy koncertowe oraz występ w roli solisty w monumentalnym poemacie symfonicznym „Harold w Italii” Hectora Berlioza wraz z Filharmonikami Świętokrzyskimi. Wszystkie te działania – mam nadzieję – przyczynią się do dalszej popularyzacji tej niezwykłej „Damy” instrumentów smyczkowych, jaką jest altówka.
I na koniec trochę prywatnie: gdyby Twoja muzyka miała kolor, jaki by był? I czy masz swoją ulubioną nutę?
Gdyby moja muzyka miała przyjąć konkretną barwę, byłby to prawdopodobnie głęboki, królewski fiolet, gęsto przetykany smugami starego, patynowanego złota – odcień odzwierciedlający barwę altówki i jej szlachetną dostojność. Jeśli zaś chodzi o tę jedną, ulubioną nutę, to bez wahania wskazuję na pustą strunę C mojego instrumentu, której nasycona, organiczna głębia jest dla mnie symbolem prawdy brzmienia i fundamentem altówkowej duszy. To właśnie ten dźwięk najbardziej rezonuje ze mną i moją naturą, stanowiąc niezmienny punkt oparcia dla wszystkich moich artystycznych poszukiwań.
Ten niski ton zawiera w sobie pierwotny spokój i przypomina mi o moich rodzinnych korzeniach, o naturze oraz drewnie, z którego wydobywam muzykę. Wracając do tego brzmienia, w pewien sposób domykam krąg mojej opowieści – od dziecięcych lekcji u boku mamy, przez lata poszukiwań własnej drogi, aż po dzisiejszą dojrzałość. Wierzę, że w sztuce najważniejszy jest powrót do autentyczności, dlatego moją dewizą pozostaje Ad fontes – do źródeł, tam gdzie bije serce prawdziwego piękna.
Bardzo dziękuję za tę niezwykle inspirującą i głęboką rozmowę.



